|
|
|
BIOHAZARD MIEJSCE AKCJI: PLANETA ZIEMIA (MH 7/1994) Rok 1994 może należeć do grupy BIOHAZARD. Jeżeli reszta materiału przygotowanego na nową płytę nie odbiega jakością od tych siedmiu utworów, których miał okazję posłuchać nasz korespondent, album „State Of The World Address" powinien stać się bezdyskusyjnie najlepszym dziełem w dorobku nowojorskiego zespołu. BIOHAZARD nie odżegnuje się od swych dawnych korzeni, brzmiąc zarazem zaskakująco lekko i przyjemnie. Utwory łatwo wpadają w ucho, są bardziej melodyjne, w brzmieniu gitary solowej słychać znaczny postęp. Dopracowane wstępy poszczególnych utworów i elementy samplingu wprowadzają sporo urozmaicenia, zaś w jednym z numerów wspomaga grupę frontman Cypress Hill - Sen Dog. Pomimo tych wszystkich nowinek płyta „State Of The World Address" nie sprawia wrażenia produktu zanadto „wypieszczonego" w studiu nagraniowym, gdyż realizator Ed Stasium stosując różnego rodzaju techniczne „bajery" nie zapomniał o tym, iż płynąca z grania na żywo energia stanowi w znacznej mie-rze o brzmieniu grupy. Studia A&M w Hollywood robią kolosalne wrażenie. Wysokie mury, drut kolczasty i ochrona mają za zadanie odstraszać wszelkich ciekawskich, przy czym chłopcy z „security" okazali się być szczególnie wesołą gromadką, która w ciekawy sposób umilała mi czas oczekiwania na umówione spotkanie, stawiając niezwykle inteligentne pytania. Jeden z nich usiłował mi miano-wicie wmówić, iż naszym pięknym kraju obowiązuje ruch lewostronny, zaś jego kolega poprosił mnie, bym powiedział jedno, dwa zdania w moim ojczystym języku. Gdy spełniłem jego prośbę, zaczął tarzać się ze śmiechu. Tymczasem trzeciemu członkowi obstawy najwidoczniej leżało na sercu moje życie erotyczne, gdyż nie omieszkał zapytać dyskretnie: ,Hey man, wanna get some pussy?" Zaraz po wkroczeniu na teren A&M wpadam prosto na ludzi z L7, sprawiających wrażenie dość poważnie wyeksploatowanych, zaś w chwilę potem dostrzegam mocno stetryczatego Micka Jaggera otoczonego wianuszkiem wiernych kompanów, wsłuchanych w dźwięki dobiegające z jego legendarnych ust. Wreszcie odnajduję załogę BIOHA-ARD, niezbyt pasującą do sterylnej atmosfery świątyni A&M. Członkowie zespołu nie sprawiają jednak wrażenia zakłopotanych tym faktem. Zwłaszcza wokalista i gitarzysta Bllly jest w szampańskim humorze i z podziwu godną wytrwałością usiłuje wpoić mi przedziwny rytuał potrząsania dłonią na powitanie, co w obliczu mojego braku koordynacji po długiej podróży samolotem jest dość skomplikowaną sprawą. Drugi wokalista i basista Evan prezentuje modną fryzurę z warkoczem, zaś w wolnych chwilach pomiędzy nagraniami poddaje się zabiegowi tatuowania pleców. To właśnie Evan przychodzi mi z pomocą i opowiada co nieco o trzecim już albumie grupy, jako że przed spotkaniem nie miałem okazji posłuchać żadnego nowego kawałka Biohazard. Tytuł albumu „State Of The World Address” nawiązuje do corocznego przemówienia telewizyjnego prezydenta, nazywanego „State Of The Nation Address”, co znaczy mniej więcej tyle, co „Raport o stanie państwa". Zajmujemy się więc problemami o charakterze globalnym, tym całym „biohazardem", który jest dookoła nas. AIDS, crack, przemoc, te pieprzone neofaszystowskie brednie itp. - to wszystko sprawy, od których po prostu chce się rzygać, więc chcemy jakoś „wypchnąć" je z siebie naszą muzyką. Ta płyta jest wielką, emocjonalną kupą brudu. Jest wściekła, smutna, nie pozostawiająca nadziei - jest w niej wszystko.! Nasza mowa, muzyka jest ostra, sięga bardzo głęboko, miejscami jest z pewnością zaskakująca - włącza się do rozmowy perkusista Danny - „Wielu ludzi zapewne będzie z tego powodu trochę świrować, ale to przecież wciąż ta sama muzyka, którą kochamy, więc kochamy tę płytę!” Wbrew rozmaitym pogłoskom oraz na przekór sukcesom, jakie przyniosła współpraca z Onyx, BIOHAZARD nie zamierza wprowadzić do swego brzmienia większej Ilości elementów hip hop. Jest w tym trochę hip hop, ale to nie rap" - Danny usiłuje wyja-śnić tę sprawę - „Coś w tym rodzaju graliśmy już od zawsze. Nie robimy tego, by brzmieć bardziej „cool". Według wypowiedzi członków zespołu na ich najnowszym wydawnictwie nie będzie miejsca na covery, nowe wersje własnych wcześniejszych utworów i innego rodzaju „wypełniacze”. Na płycie nie zostanie umieszczony w związku z tym numer „After Forever", nagrany myślą o składance wydawanej „w hołdzie” Black Sabbath.. Gotowy własny materiał obejmuje około 75 minut muzyki, zespól nie planuje wydawania jakichkolwiek numerów nie na stronach B singli, gdyż członkowie BIOHAZARD w przeciwieństwie do wielu kolegów po fachu są zwolennikami umiesz-czania całości materiału na longplayu, nie uznając za konieczne kuszenia nabywców nieznanymi utworami wydawanymi wyłącz-nie jako „bonus tracks". Jeśli nie uda się znaleźć innego wyjścia zespól umieści utwory, które nie zmieszczą się na albumie, na trzycalowej płytce, dołączonej gratis do każdego egzemplarza zasadniczej płyty. Utwory BIOHAZARD stały się znacznie dłuższe, co uznać należy za efekt rozlicznych ciekawych pomysłów muzycznych, wprowadzających na płycie wiele urozmaicenia. Większość z nich jest autorstwa Billy’ego. Na płycie słychać flety, smyczki, triangel , gitary akustyczne i znacznie więcej melodyjnej muzyki" – twierdzi Billy – „Wciąż jednak jesteśmy grupą BIOHAZARD i nie odżegnujemy się od naszych korzeni. To bardzo naturalna ewolucja, nie zamierzamy kiedykolwiek rezygnować z grania numerów z pierwszych dwóch płyt. Nie chciałbym jednak rok w rok nagrywać tej samej płyty ze zmienio-nymi jedynie tytułami utworów. Nie darzę zbytnim szacunkiem zespołów, które tak grają. Wolałbym raczej w wieku 60 lat spoglądać wstecz na pięć czy dziesięć różnych albumów BIOHAZARD i mówić: „Kurczę, to była piękna sprawa"." Nie ma więc mowy o jakichkolwiek komercyjnych kompromisach w stosunku do nowego pracodawcy - koncernu Warner Bros., o których przebąkiwano tu i ówdzie jeszcze przed przystąpieniem przez zespól do nagrywania materiału na płytę. „Muzyka podążą swoją własną drogą, niezależnie od tego co ludzie mówią na jej temat" - zapewnia mnie gitarzysta Bobby - „Ta płyta stanowi dla nas pierwszą tego rodzaju szansę pokazania, co naprawdę potrafimy zdziałać. Całą stronę realizacyjną powierzamy Edowi Stasiumowi, więc mamy więcej czasu na pracę w studio. Muzyka jest dzięki temu lepsza niż kiedykolwiek przedtem, a i my sami poprawiliśmy naszą technikę gry na instrumentach. Jeszcze przed wydaniem „Urban Discipline” mieliśmy propozycję od wielkich wytwórni, lecz wtedy jeszcze nie chcieliśmy podpisywać kontraktu. Woleliśmy pozostać niezależni, by robić stopniowe postępy. Album „Urban Discipline” przyniósł nam wiele uznania. W gruncie rzeczy i tak wykorzystujemy branżę fonograficzną i media do przekazywania naszego przesłania”. Przesłanie to zostało sformułowane już wcześniej jako „ Music is for you and me not the fucking industry”, zaś Bobby nie uważa, by tej dewizie przeczył fakt podpisania kontraktu z wielkim koncernem-. 99 % wytwórni niezależnych najchętniej zasiliłoby szeregi fonograficznych gigantów, zaś nie udaje się to większości z nich, gdyż działają po prostu bez sensu. Trzeba rozwijać się by móc przetrwać. Nie miej mi tego za złe, ale przecież Ty sam i Twój magazyn też, do cholery prezentuje gigantów rynku muzycznego! Ktoś mógłby zapytać dlaczego w ogóle rozmawiamy z wami, zamiast udzielać wywiadów wyłącznie fanzinom. Im z kolei musielibyśmy tłumaczyć, że dzięki czasopismom, takim jak Wasze docieramy do większej liczby ludzi, a mimo to rozmawiamy z prasą niezależną. Każdej lokalnej gazetce, każdemu fanzinowi poświęcamy tyle samo uwagi i czasu co „Rock Hard" czy „Hammerowi". To, że teraz nagrywamy dla Wamer Bros., nie oznacza wcale, że sprzedaliśmy się. Nikt nigdy nie będzie nam mówił, co mamy robić! Będziemy mieli w dalszym ciągu tanie bilety na koncerty, będziemy mieli tanie T-shirty i pozostaniemy zespołem underground’owym. To ważne czy nagrywasz dla Warner Bros., Roadrunner czy Maze America – każdy chce na tobie zarobić pieniądze!” – wtrąca się Billy – „ W dalszym ciągu jesteśmy przeciwni temu całemu burdelowi, więc dalej gramy kawałki typu „Business”. Swoją drogą to zaskakujące, że akurat ten numer znalazł się na składance, o której wydaniu nie mieliśmy pojęcia. Ale z kolei im bardziej jesteśmy wkurzeni, tym bardziej wściekła staje się nasza muzyka. Jesteśmy jak jakiś pieprzony wrzód, nowotwór, który powiększa się stopniowo.” Perkusista Danny uzupełnia to obrazowe porównanie stwierdzeniem, że .każdy rodzaj przemysłu, cała gospodarka to syf, nieważne, o jaką branżę chodzi. Nawet w medycynie jest to samo. Nikt z członków zespołu BIOHAZARD nie jest ubezpieczony. Jeśli więc któryś z nas poważnie zachoruje i wyląduje w szpitalu, najprawdopodobniej przez następne lata będziemy klepać biedę.” Według Evan’a rozwiązanie całej tej dyskusji jest proste. Kto nas nie lubi niech się po prostu... odpierdoli. Jeśli ktoś ma uprzedzenia z powodu wytwórni, z powodu małego znaczka w rogu okładki, jest pieprzonym faszystą.” Bobby włącza się do rozmowy i formułuje swą opinię na omawiany temat w imponującym podsumowaniu: „Fuck them, fuck you, fuck everybody, we don’t give a fuck!” Gdy rozpoczynaliśmy w ro-ku 1988" - uzupełnia Evan - „chcieliśmy występować w CBGBs albo w Pyramid CIub i cieszyć się tym. Któregoś dnia ktoś zaproponował nam nagranie płyty, co oczywiście bardzo nam się spodobało. Podpisaliśmy więc kontrakt i wydaliśmy płytę. Potem jednak 8000 adwokatów musiało wyplątywać nas z tej umowy, którą nasz „dobroczyńca” związał nas na stałe ze sobą. Ci rzekomo źli ludzie bardzo nam wtedy pomogli. Na Twoim miejscu nie wierzyłbym zanadto we wszystkie te brednie opowiadane o wytwórniach płytowych. Jakiś pismak z któregoś z tych zasranych magazynów przywalił nam kiedyś w związku ze składanką „Tough Enough”. Ten zawistny dupek napisał, że sprzedaliśmy się umieszczając hardcore’owe kawałki na takiej składance. Czego taki palant od nas chce?! Świat jest coraz mniejszy, wielu ludzi odkrywa hardcore i hiphop...i nawet, gdybyśmy mieli być pierwszym zespołem, który w ten sposób łączy ze sobą różne grupy publiczności, taki już jest ten świat. (Bez paniki, chłopcy, na pewno nie jesteście pierwszymi - przyp. redakcji). W końcu to nie nasza wina" - dodaje Bobby -„Publiczność rozwija się. Pamiętam nasz pierwszy występ w Negativ, we Frankfurcie, na który przyszło dziewięć osób. Ale mimo to było nieźle, zjedliśmy jakiś pieprzony kotlet i próbowaliśmy różnych przedziwnych gatunków piwa, o jakich wcześniej w ży-ciu nie słyszeliśmy.” „Bardzo cenimy sobie bliski kontakt z publicznością" - podkreśla Evan - .Dlatego też wolimy grać w małych salach, które udaje nam się zapełnić. To jest jednak jak choroba, jak jakiś wrzód na karku, który stale śle powiększa. Tym razem mamy w programie także koncerty w więk-szych salach, ale wszystko będzie wyglądać tak jak dawniej, żadnych zapór, ogrodzeń itd." Wśród licznych nowych fanów, których udało się zyskać grupie BIOHAZARD dzięki albumowi „Urban Discipline", są także dwaj nowi ulubieńcy Ameryki, Beavis i Butthead, którzy uznają BIOHAZARD za .odlotowy". Także członkowie zespołu zaliczają się do wiernych widzów programu nadawanego w MTV, choć nie wystawia on najlepszej opinii amerykańskim nastolatkom, nawet jeśli Beavis i Butthead mieliby być jedynie łagodnymi karykaturami. „To fakt" - uśmiecha się Evan - „ale to przecież pro-gram rozrywkowy. Często przypominam sobie, jak w wieku 14 lat zalewałem się i brałem narkotyki. Ja też ciągle powtarzałem „Eee, niezłe!", albo ,Eee, syf. Tak to już jest, dlatego zabawnie jest widzieć, że program ten jest taki popularny. Nie przypuszczaliśmy jednak, że nasze teledyski pojawią się w nim." Evan nie potrafi jednak wyjaśnić, od czego zależy to, który teledysk uznany zostanie przez Beavisa i Buttheada za „niezły", a które zespoły popadną w nie-łaskę fanów w efekcie ciągłego krytykowania Ich przez telewizyjnych smarkaczy, tak jak miało to miej-sce w przypadku Warrant czy Winger. „Prawdopodobnie nasze teledyski podobają im się, zarówno nasze własne, jak i te nagrane wspólnie z Onyx. Prawdopodobnie Beavis i Butthead lubią wszystko to, co jest w jakiś sposób ekstremalne, lu-bią popadać w skrajności.” „To zabawne, że i u Was można oglądać ten program" - sądzi Danny - Uwa-żam osobiście, że to raczej twórca tych rysunko-wych postaci, Mikę Judge, jest naszym zwolennikiem. To trochę tak, jak gdyby zapytać nas, dlaczego Batman jest naszym fanem, he, he! Ale masz ra-cję! Tych dwóch gości może przyśpieszyć lub zakończyć karierę każdego zespołu. Wiele osób, które nigdy dotąd o nas nic nie słyszały, zna nas teraz i lubi, bo lubią nas także Beavis i Butt-head. Te dzieciaki kupują nasze płyty i nagle stwierdzasz, że płyty świetnie się sprzedają i zaczynasz się zastanawiać- co się u diabła stało? Z drugiej strony żal mi trochę Warrant i Winger.” Faktem jest jednakże i to, że w ten sposób kreowane są bardzo przelotne trendy, gdyż każdy kto dziś uznawany jest za niezłego, już po paru tygodniach może otrzymać mało zaszczytne miano „dupka”. Także i BIOHAZARD są według mnie poważnie zagrożeni, gdyż część ich publiczności przyciągał przede wszystkim zewnętrzny wizerunek zespołu, image „chuliganów z Brooklynu" i twardzieli, zaś muzyka interesowała ich w mniejszym stopniu. Dan-ny zastanawiał się już nad tym problemem. „Mam nadzieje, że ludzie lubią nas z właściwych powodów. Nie mam zamiaru być krótkotrwałym trendem, przemijającą modą. Nie lubię zespołów jednego sezonu. Sick Of It All, Bad Brains czy Agnostic Front to po prostu fantastyczne zespoły, a nie żadne modne zjawiska. Cóż przyszłoby nam z tego, że przez rok bylibyśmy na szczycie, a potem nikt już by się nami nie interesował?” Możliwe, że to właśnie te obawy skłoniły muzyków do porzucenia klimatów typu „Underdog” i tekstowych schematów w rodzaju „Harder than you”’ których na próżno szukać na płycie „Sia-te Of The World Address". Dobrym przykładem jest choćby zaskakująco nastrojowy numer „Love Denied". „Ten utwór opowiada o wykorzystywaniu dzieci i rozbitych więziach rodzinnych. Pewnie nie uwierzysz, ale nie spotkałem nigdy w życiu sensownie funkcjonującej rodziny, może z wyjątkiem telewizyjnej rodziny Billa Cosby" - wzdycha Evan - Wiele osób rozpozna w tym utworze siebie samych albo swych przyjaciół. Jest w nim zatem jakieś przesłanie, którego nie można ignorować. W ten sposób powstaje więź pomiędzy fanami a zespołem. To jest znacznie więcej warte niż pieniądze. W innych tekstach także widać to, że po wydaniu dwóch płyt i po kilku trasach po Ameryce i Europie myślimy bardziej globalnie." „Na płycie Urban Discipline” odwoływaliśmy się w większym stopniu do naszego ma-łego świata na Brooklynie" - uzupełnia Danny - „Teraz zrozumie-liśmy jednak, że w ten sam syfiasty sposób dorasta się i żyje na Brooklynie, co w Berlinie, Los Angeles, czy gdzieś w Bośni. Nie trzeba wychować się na Brooklynie, by zrozumieć kawałki w rodzaju „Pride” czy „Love Denied”. Tym razem podeszliśmy do tekstów trochę bardziej od strony psychologicznej. Nikogo nie chcemy wyłączać z odbioru naszej muzyki jej brooklyńską hermetycznością. Świat nie kończy się na Brooklynie!" Z pewnością stwierdzenie to rozczaruje wielu fanów, usiłujących przenieść brooklyńskie realia na nasz rodzimy grunt i biegających po ulicach małych miasteczek w strojach nowojorskich streetfighterów. „Jeśli chcą się ubierać w ten sposób – ok., proszę bardzo”. Ale jeśli chcą zachowywać się tak, jak w ich mniemaniu zachowują się brooklyńczycy, powinni wiedzieć, że nie każdy mieszkaniec na-szej dzielnicy jest gangsterem czy punkiem. Mieszka tam wielu zwykłych, porządnych ludzi. Moi przyjaciele też stamtąd pochodzą. To tak jakby ktoś powiedział, że wszyscy ludzie w Polsce, Niemczech czy gdzieś indziej to sukinsyny, tylko dlatego, że jest tam kilku świrów. Jeśli więc ktoś uważa, że biorąc prochy i tłukąc innych będzie świetny, po prostu „cool", po prostu nie zrozumiał, w czym rzecz. Każdy powinien mieć własną tożsamość i nie przejmować od nikogo żadnych kretyńskich wzorców." Otóż to grupie BIOHAZARD udało się odnaleźć własną tożsamość na płycie „State Of The Worid Address". O tym, jak świetnie na żywo brzmi materiał z nowego albumu, miałem okazję prze-konać się na miejscu w Los Angeles. Chyba tylko jakiś dziwny zbieg okoliczności mógłby przeszkodzić chłopakom z BIOHAZARD we wdrapaniu się w tym roku na absolutny top.
|
|
[wywiad z Polskiego Metal Hamera] |