|
Wystarczy
wymienić głośno nazwę Biohazard wobecności jakiegoś prawdziwego
fana muzyki iod razu staią mu przed oczami kolesie z Nowego Jorku,
którzy graią bezlitosny hardcore. Neil Aldis rusza na trasę
z Biohazard, tracitrzydzieści funtów i odkrywa, że pod groźną
nazwą kryią się rozrywkowi ludzie!
Istnieje
bardziej rozrywkowe oblicze grupy Biohazard i mało kto by się tego
spodziewał. Na koncercie Biohazard to czad bez żadnych zahamowań,
w czym grupa przypomina przeciętnego taksiarza z Nowego Jorku, który
śle zawsze wszystkim wiązanki. To jest wizerunek Biohazard,
jaki wszyscy znamy i kochamy. Wyobraźcie sobie jednak, że widzicie,
jak Bobby Hamball zasypia słuchając Mozarta lub Evan Sienfield podśpiewuje
coś, co można usłyszeć przy ognisku. To dopiero niespodzianka, no
nie? Przez dwa dni przekonuję się, że to jest prawdziwy Biohazard
i ci ludzie tacy rzeczywiście są. Zastana wiam się tylko dlaczego
tego nie słychać w ich muzyce? "No cóż, w pewnym
momencie to się w naszej muzyce pojawi, ta ogólna wesołość"
- wyjaśnia gitarzysta Bobby" The Handball" Hamball. "Na
razie jesteśmy czterema wściekłymi sukinsynami! Nic nie powstrzyma
Biohazard od tego, co chcemy robić i być może na następnej płycie
będzie słychać banjo lub organki. Jeśli to będzie potrzebne by wyartykułować
to co mamy o powiedzerna, to tak się stanie. Generalnie jednak do
porozumiewania się wystarcza mi gitara Les Paul podłączona do rozkręconego
na ful wzmacniacza Mesa Boogie. Danny napieprza w perkusję, Billy
rzuca się w tłum, a Evan wydziera się na max. Mam wrażenie, że
następny LP Biohazard będzie jeszcze ostrzejszy niż "Urban
Discipline" lub nasze wcześniejsze kawałki, bo teraz jesteśmy
dziesięć razy bardziej wkurzeni niż kiedykolwiek!" Taki
właśnie jest Biohazard. Nie Biohazard -ludzie, ale Biohazard -zespół.
Ta kapela zbiera w sobie całą negację by tworzyć z tego coś niezwykle
pozytywnego. Wiem, że kwestionowanie tego byłoby zwykłą arogancją.
Jesteśmy na trasie i do końca dwumiesięcznego tournee po Europie
zostało jeszcze kilka Koncertów. Jadę z Biohazard do Portsmonth
i Cardiff. Niby tylko dwa dni, a czuję, że to trwa całe wieki! Od
dwóch miesięcy cała wycieczka mieszka w tym autobusie, kt6ry
zwie Się "The Golden Master". Ta wycieczka to zespół,
jego technika, drugi zespół (support) Clutch i jeszcze wielu
innych ludzi, którzy trafiają się po drodze. Evan uważa,
że w sumie przez ten autobus przewinęło się 75 osób. Ci ludzie,
którzy dosiadali się w różnych miejscach na parę dni
to: dziewczyny muzyków, starzy znajomi z Ameryki, ludzie
z wytwórni płyt, dziennikarze i fani. Wszyscy ci ludzie przeżyli
parę dni w wędrownym cyrku Biohazard. Trzeba przyznać, że codzienne
życie Biohazard różni się od życia w innym, rockowym karawanie.
Będąc z nimi miałem wrażenie, że jestem z jakąś włosko-amerykańską
rodziną. Ciągłe, krzyki, śmiechy, kłótnie i bijatyki, w czym
wiedzie prym technika. Większość czasu spędzamy na grze w trzy kości.
Jest to gra na pieniądze i pozornie wygląda na bardzo łatwą, ale
okazuje się, że w dwa dni przegrywam 30 funtów! Nie martwcie
się, to nie jest wyjątek, ale Billy naprawdę miał pecha, bo pierwszego
dnia, w pierwszym rzucie przegrał 100 dolarów! Przed koncertem
w Porttsmorth nie ma nic specjalnegc do roboty. Korzystając z wolnego
czasu Danny oddalił się do sklepów z instrumentami Evan gdzieś
zniknął, a Bobby postanowił się wyluzować w autobusie czytając nowy
hit książkowy Park Jurajski. Billy wybrał towarzystwo swojej dziewczyny. Bilety
na dzisiejszy koncert wyraźnie nie idą zbyt dobrze i gdy Biohazard
wychodzi na scenę, czeka na niego tylko 200 fanów. Mimo to
grupa daje z siebie wszystko i jest pełna energii bez względu na
ilość osób na widowni. Dla nich nie liczy się, ile osób
przyjdzie na koncert, liczy się to, żeby wszyscy bawili się jak
najlepiej. Tym razem reakcja jest i to fantastyczna! Na scenie,
ponoć jak zawsze, prawdziwa inwazja! Biohazard kocha tych, którzy
rzucają się ze sceny w publiczność, ale dzisiaj jest tylu skoczków,
że praktycznie nie ma ich kto łapać na dole! Można sią spodziewać,
że po tak entuzjastycznym przyjęciu będzie jakiś bis, ale niestety
nie ma. Bobby wyjaśnia dlaczego: "Gdy jesteśmy na scenie
dajemy z siebie 100 procent energii. Jeśli nagle przestaniemy grać,
zejdziemy ze sceny i potem wrócimy, to następuje przerwa
w przepływie tej energii. Poza tym, nie podoba nam się gwiazdorska
postawa tych wykonawców, którzy z góry zakładają,
że ludzie będą chcieli od nich bisów i odpowiednio układają
przebieg całego koncertu. Przecież trzeba mieć na względzie to,
że może ludziom nie spodoba się to gówno i po co wtedy bis?
Wywołanie na bis to zaszczyt dla artysty, a nie punkt jego programu." Już
po koncercie i zespół kręci się jeszcze poza sceną, rozdaje
autografy i rozmawia z "dzieciakami" by potem udać się
na krótki odpoczynek do garderoby. Dopiero potem jest oficjalne
spotkanie z fanami. Biohazard zawsze spotyka się i rozmawia z fanami.
Dziś przekonałem się o tym, że ten zespół lubi rozmowy z
fanami, bo byłem świadkiem całkiem poważnych rozmów. Wygląda
na to, że Biohazard chce dowiedzieć się wszystkiego z pierwszej
ręki, poznać normalnych ludzi. Jest północ i wszyscy są w
autobusie, który jedzie do Carditf. Na górze Billy
gra ze swoją dziewczyną w Backgammon. Wprawdzie nie jest wcale mistrzem
tej gry, ale jakoś ciągle z nią wygrywa. Evan śpiewa, a Drew, producent
video, pogrywa mu na gitarze. Danny zwyczajnie odpoczywa. Ja siedzę
na dole z Bobbym, jego technikiem Kennym i technicznym o ksywce
Minus (to ten facet obrobił mnie z pieniędzy!) Razem słuchamy nagrań
Led Zeppelin, jest bardzo fajnie i miło. Even miał rację mówiąc,
że w tej rodzinie wszystko gra. "To właśnie to jest największa
przyjemność na trasie, o to chodzi. Trasa to nie tylko koncerty,
ale właśnie wspólne życie. Chodzi o to, by poznać dobrze
samego siebie i innych ludzi z zespołu. W tym wypadku trzeba umieć
żyć z 20 innymi ludźmi, to jest coś." Taka trasa cementuje
atmosferę w zespole. Spędziłem z Biohazard dwa dni i teraz znam
tych facetów znacznie lepiej niż po jednym wywiadzie przez
telefon. Wyobraźcie więc sobie jaka więź łączy ludzi, którzy
są ze sobą non stop przez 2 miesiące! Gdy się budzę, jesteśmy
już w Cardiff. Przez jakies 3 godziny. Budzimy się i dochodzimy
do siebie. Wreszcie wszyscy są na nogach i każdy wybiera się do
miasta. Po kilku godzinach spotykamy się w sklepie z instrumentami.
Okazuje się, że Bobby zakochał się w gitarze i chce ją kupić, ale
nie ma pieniędzy. Reszta Biohazard zgadza się, by ruszyć pieniądze
przeznaczone na nagranie nowej płyty i szybko załatwiane są wszystkie
papierowe formalności, by móc zgarnąć gitarę bez problemu
do Ameryki. Po spotkaniu z dwoma studentami idziemy do pubu, gdzie
Bobby wdaje się w dyskusję z innymi studentami na temat punk rocka
i rasizmu. "Lubię udawać ignoranta, bo wtedy mogę się dużo
nauczyć. Po raz pierwszy w życiu jestem w Walii i co robię? Idę
by spotkać i porozmawiać z ludźmi, czegoś się od nich dowiedzieć
i nauczyć. Chcę się z nimi zaprzyjaźnić, bez względu na to, jak
wyglądają." Teraz mam dla Biohazard dużo respektu. Po tej
trasie mam 20 nowych przyjaciół i przekonałem się, na czym
polega różnica pomiędzy świetnym zespołem koncertowym, a
grupą, która żyje zakazami i gorylami. Podziwiam bardzo pozytywne
nastawienie całego zespołu, ich chęć porozmawiania z każdym, Ich
poświęcenie dla własnej muzyki. Fakt, że ten zespół pochodzi
z Nowego Jorku, jednego z najdzikszych miast na świecie, a mimo
to ma w sobie tyle pozytywnego nastawienia musi być sam w sobie
wielkim osiągnięciem. Te pozytywne wibracje udzielają się każdemu,
kto z nimi obcuje i sam to odczułem. Wróciłem do domu z wewnętrznym
ogniem i wielką chęcią złapania życia za rogi. Teraz cieszę się
pełnią życia! Dzięki za to chłopaki! Do zobaczenia później!
|